Close

Muszelka i siusiak w jednym stali domku

Kukiełka, druga dupka, norka, kroczek, fufunet, broszka, wąż, muszelka, bułeczka, dziurka, kreska, parówka, dół, strumyczek, trąbka, brzoskwinka, żabka… Okazuje się, że ile rodziców, tyle określeń na narządy płciowe dziecka. Niektóre brzmią uroczo – taki strumyczek czy kroczek. Ale dół? Druga dupka? „Syn spytał, skąd się wziął na świecie. Powiedziałam mu, że urodziłam go dołem.” To cytat. No w sumie dzieci rodzą się dołem, tylko co to znaczy? „Bałabym się używać określenia norka, no bo skoro norka, to córka mogłaby zacząć w niej grzebać.” Ach, ta dziecięca masturbacja. Przeczytacie o niej więcej na przykład 👉🏻 tutaj. „Polecam broszurę grupy Ponton o seksie dla nastolatków! Tylko to nazewnictwo anatomiczne na początku mogli sobie darować. To wulgarne.” Darować, czyli co? Zastąpić je innymi przypadkowymi słowami czy w ogóle udawać, że pewnych części ciała nie ma? 👇🏻

I z czego ta radość?
W zeszłym roku weszła na rynek książka „Radości z kobiecości” o zdrowiu seksualnym kobiet. Polecam zresztą. W tym roku została wydana książka o seksualności facetów pt. „Sztuka obsługi penisa”, a jakiś czas wcześniej dwie inne, „Jego wysokość penis” oraz „Boskie przyrodzenie: historia penisa”. Dorosłe konkretne tytuły bez bawienia się w kotka i myszkę. Penisa wydawnictwa się nie wystraszyły. A tłumaczona ze szwedzkiego książka, która w oryginale miała słowo „cipka” została pozbawiona kluczowego wyrazu. Wydawnictwo wyjaśniło, że tylko w ten sposób udało się zachować rym, który występował w oryginalnym tytule. A przecież wedle sztuki tłumaczenia nie trzeba zostawiać rymu, gdzie nie jest to konieczne.

O czym to świadczy? Być może o tym, że panicznie się boimy tej dosłownej „kobiecości”. Boimy się słów, które oddają rzeczywistość i ukrywamy to, co jest zwyczajne i normalne, przez co dochodzi do absurdalnych sytuacji. Magazyny kobiece polecają wibratory i zachęcają kobiety do wielokrotnych orgazmów, ale wciąż nie używamy poprawnych określeń narządów płciowych. Podkreślamy ważność i istotność czynności i aktywności seksualnych, a tam gdzie chodzi o cielesność i akceptację nas samych uciekamy w półsłówka, aby broń Boże nie być zbyt dosadnym. Wulgarnym. Efekt jest taki, że dajemy dziecku znać, że po pierwsze coś jest nie tak z tymi określeniami, a po drugie, że coś jest nie tak z ich narządami płciowymi. Uczymy je wstydu, choć nie ma niczego zdrożnego ani w słowie „cipka”, ani w słowie „penis”.

Wiem, pamiętam „Monologi waginy”. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Co dziecko ma w majtkach?
Jak więc najlepiej nazywać części ciała dziecka? No najlepiej dokładnie tak, jak one się nazywają. Ręka, nos, noga, brzuch, wulwa, penis. Część z was być może myśli sobie „Zaraz, zaraz, jaka wulwa?” Albo „Czemu penis? A nie lepiej siusiak?” Wulwa to synonim „sromu”. Moim zdaniem, ma same plusy. Po pierwsze, tak jak słowo „srom” określa dokładnie to, co chcemy określić nazywając tę część ciała kobiety, tj. wzgórek łonowy, wargi sromowe, łechtaczkę, wejście do pochwy (sama pochwa znajduje się wewnątrz ciała, nie na zewnątrz). Po drugie, jest to określenie neutralne. Nie można mu zarzucić wulgarności, tak jak „cipce”. Jeśli chodzi o siusiaka, to osobiście mam problem z tym słowem. Penis mężczyzny nie służy wyłącznie do siusiania. Sprowadzanie go do tej roli odbieram jako swego rodzaju kastrację. Powiecie, że no tak, ale małe dziecko używa penisa wyłącznie do sikania! Racja, tyle że jednocześnie, odpowiednio edukowane małe dziecko wie, że tata wprowadził mamie do macicy nasionko. Nasiusiał tym siusiakiem? No nie. Pamiętajcie, że dziecko nie ma skojarzeń w stylu „o kurczę, to dziwne i zboczone”. Dla dziecka jest to zupełnie neutralne.

Jak wcześnie jest za wcześnie?
Rodzice często obawiają się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że zbyt wcześnie wprowadzą pewne pojęcia dotyczące anatomii, co skończy się „rozbudzeniem seksualnym” dziecka. Uspokoję was. Nie skończy się to w taki sposób. Jedyne co nastąpi, to to, że dziecko zdobędzie wiedzę na temat własnego ciała. A oprócz tego, wasza szczerość zaowocuje zaufaniem, co Wam się przyda, jak dziecko zacznie być nastolatkiem. Po drugie, niektórzy uważają, że słowa nazywające męskie i żeńskie organy płciowe są wulgarne. Niektóre są, owszem. Niemniej te wszystkie „penisy”, „cipki”, „jądra” nie mają w słownikach opisu „wulg.” wskazującego na wulgarność.

Zdaję sobie sprawę, że wystarczy własne wewnętrzne przekonanie o tym, że słowo jest brzydkie, żeby go nie używać. Tak już jest, że niektóre wyrazy lubimy, innych nie. Osobiście nie darzę sympatią słowa „aczkolwiek” i rzeczywiście go unikam. Wydawałoby się, że nie ma o czym dyskutować. A jednak moje nieużywanie słowa „aczkolwiek” nie wpływa na niczyj rozwój psychoseksualny ani w ogóle na nic. Natomiast nie używając jakiegoś określenia związanego z ciałem i seksualnością człowieka siłą rzeczy trochę je tabuizujemy. I to się przekłada na dorosłe życie. Dziecko wychowujemy do dorosłości, a nie do wiecznego bycia szczerbatym roczniakiem. Do obowiązków, pracy, płacenia rachunków, gotowania sobie obiadów, ale też do stosowania kultury seksualnej, budowania relacji, zakładania związków, seksu (lub nie).

Zresztą dzieci uczą się takich słów jak „kutas” czy „cipa” dużo szybciej niż nam się wydaje, więc ukrywanie przed nimi neutralnych, odpowiednich i poprawnych określeń mija się z celem.

Język wiedzy czy język prywatny?
Jakiego w takim razie słownictwa używać? Najlepiej bazować na tzw. słowniku wiedzy i słowniku prywatnym. Każda rodzina tworzy własny język. Używa jakichś określonych słów, zdrobnień, wyrazów pieszczotliwych. I to zarówno w stosunku do dzieci, jak i w stosunku do partnerów w związku. Dlatego jako seksuolożka powiem wam, że najlepszym rozwiązaniem jest wprowadzenie anatomicznie odpowiednich nazw, takich jak wulwa, srom, cipka, pochwa i wagina oraz penis, członek, prącie, jądra (język wiedzy), i stosowanie je zamiennie z takimi określeniami, jakie wam się podobają (język prywatny). Mnie osobiście w życiu nie przeszłoby przez gardło powiedzieć „pierożek” czy „muszelka”, bo według mnie wulwa to nie pierożek. Ale wszelkiego rodzaju inne zdrobnienia pochodzące od nazw części ciała wymawiam regularnie, bez zażenowania i na głos. To właśnie nasz język prywatny, którego używamy wyłącznie w domu, nie publicznie. Zresztą powiem Wam przy okazji, że potrafię nazwać pieszczotliwie i zdrobniale każde słowo świata, przysięgam. Myślę, że to jakiś rodzaj supermocy nawet.

Po co wprowadzać aż tyle określeń? Nie wystarczy mówić „siusiak” i „pipka” i mieć to z głowy? Wystarczy wszystko to, co uważacie za wystarczające! Chcę Wam jednak pokazać, że używanie adekwatnego słownictwa ma dużo plusów. Po pierwsze, uczycie dziecka prawidłowych nazw części ciała. Na to nigdy nie jest za wcześnie, bo dziecko ma ciało od narodzin. Po drugie, budujecie z dzieckiem więź – nieukrywanie faktów pomaga zdobyć zaufanie dziecka. Po trzecie, jeśli oswoicie dziecko z poprawnym nazewnictwem, wasza dorosła córka nie będzie czuła zażenowania podczas wizyty u ginekologa. Po czwarte i być może najważniejsze, prawidłowe nazewnictwo to ogromny oręż w walce z wszelkiego rodzaju nadużyciami seksualnymi. Prawidłowo edukowane dziecko będzie umiało powiedzieć, jeśli coś je zaniepokoi. No bo co to znaczy, że ktoś je dotykał na dole? Czyli że łaskotał stopy? A może podszczypywał kolanka? Zanotujecie w ogóle taką informację? Podejrzewam, że nie.

I jeszcze po piąte równie ważne – wasze dzieci wcześniej czy później zaczną być może mieć ten seks. O ile łatwiej będzie im się porozumieć z partnerem czy partnerką wypowiadając zdania, w których beda mogli użyć słów takich jak „penis” czy „wulwa” lub „cipka”, a nie „siusiak”, „muszelka” albo „drobinka”. Przestawienie się z tych dziecięcych słów na słowa dorosłe nie odbywa się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w wieku osiemnastu lat. Te słowa muszą funkcjonować w waszym domu, żeby potem mogły się pojawiać bez zażenowania w domach waszych dorosłych dzieci.

Powiedz to na głos
A na koniec proponuję wam małe ćwiczenie. Usiądźcie sobie wygodnie, sami albo z partnerem/ partnerką i zastanówcie się wspólnie, czego dokładnie boicie się unikając takich słów, jak „cipka” czy „penis”? W jaki negatywny sposób, uważacie, że te słowa wpłyną na wasze dziecko? Co złego może się stać, jeśli dziecko je pozna? A jak wy sami czujecie się używając tych słów, kiedy określacie własne narządy płciowe? Czy czujecie wstyd? Zażenowanie? Lęk? Skąd się w was biorą te uczucia? Czy czujecie się komfortowo używając poprawnego słownictwa u lekarza, czy wywołuje w Was ono dyskomfort? Czy możliwe, że was też wychowano w przekonaniu, że to coś niewłaściwego i stąd poczucie wstydu? Nieadekwatności?

Po takiej refleksji poćwiczcie mówienie niewygodnych słów na głos. Znajomość faktycznych, rzeczywistych określeń anatomicznych jest rzeczą normalną. Przekazywanie tej wiedzy dziecku nie jest niczym zdrożnym.

Kilka dni przed publikacją tego tekstu spytałam was na instagramie, jakie znacie określenia narządów płciowych. Dostałam dużo odpowiedzi, a także wiadomości, w których opisywaliście uczucie wstydu związane właśnie z nieadekwatnym słownictwem używanym przez waszych opiekunów. Pisaliście na przykład, że wiedzieliście, że chodzi o penisa, ale baliście się, że jak będziecie tak mówić, to rodzice się wkurzą. Albo że jako nastolatki czuliście zażenowanie mając w głowie takie określenia jak „cytryna” czy „kotek”. A co gorsze, ciężko wam było się porozumieć z innymi dorosłymi już osobami.

Część z was obiecała sobie „nie robić tego własnym dzieciom”.

👇🏻 Pontonową broszurkę o dojrzewaniu znajdziecie tutaj.

Leave a Reply

Your email address will not be published.